Czy naprawdę w tym kraju nie da się żyć?

Nie rozumiem zupełnie trendu robienia męczenników z osób, które nie mają tyle, ile ich zdaniem im się należy i obwiniają za to wszystko dookoła. Oprócz siebie oczywiście.

Naszemu krajowi można wiele zarzucić, wiele jest do poprawienia i daleko nam do miejsca mlekiem i miodem płynącego. Jestem ostatnią osobą, która będzie zniechęcała do rozmów o tym, co jest nie tak. Uważam wręcz, że zdrowe narzekanie jest potrzebne i pokazuje nad czym warto popracować. Błagam, niech tylko z takich rozmów wynika jakiś większy morał niż „jest beznadziejnie”!

Wyjeżdżam stąd!

Weźmy na przykład ten tekst opublikowany dziś (30.11) na jednym z serwisów gazeta.pl. Już sam tytuł pachnie bólem czterech liter na kilometr: „Biznesmen w płaszczu wartym jej miesięczną pensję dał 16 groszy napiwku. Wyjeżdżam stąd!”. Opisana jest w nim sytuacja młodej Dominiki, która mimo wyższego wykształcenia (neurobiologia) musi pracować jako szatniarka, nie ma perspektyw i przez to chce wyjechać szukać lepszego życia w Norwegii.

Sytuacja podobna do tej, którą pewnie przeżywają tysiące ludzi w jej wieku. To prawda, borykamy się z ogromnym problemem niedostosowania poziomu absolwentów do oczekiwań rynku i jesteśmy świadkami ogromnej dewaluacji szkolnictwa wyższego. O tym warto rozmawiać, z tym trzeba coś zrobić. Tymczasem wydźwięk tego artykułu można podsumować jako „w tym kraju nie da się żyć”. Otóż da się, tylko trzeba mieć głowę na karku, trochę samozaparcia i ciężko na swój sukces pracować. Takie teksty to sygnał dla wielu osób, że za wszystko odpowiada system, w którym nie da się niczego zrobić ani osiągnąć. Wychowujemy w ten sposób pokolenie rozpieszczonych, kompletnie pozbawionych pomysłu na siebie młodych ludzi, którym wydaje się, że wszystko im się należy.

 

16 groszy

Dominika miała dość, gdy facet w płaszczu od Hugo Bossa wyciągnął z kieszeni 16 groszy napiwku i rzucił jej na ladę. Studiowała neurobiologię, ma publikacje i zna swoją wartość. A on patrzył na nią jak na tępą lalunię, bo przecież jest tylko szatniarką. Ma 25 lat, zarabia tyle, ile kosztował piękny płaszcz tego faceta. 

W tych kilku zdaniach zawarta jest cała esencja problemu.

Studiowała neurobiologię, ma publikacje i zna swoją wartość. – To trzeba zapamiętać i powtarzać na każdym kroku: to że cokolwiek studiowałaś/eś nie świadczy obecnie w jakikolwiek sposób o twojej wartości. Ok, są uczelnie lepsze i gorsze, papierki użyteczne mniej lub bardziej, ale one same w sobie jeszcze niczego nie gwarantują. Czasami mogą być punktem wyjścia do tego żeby ktokolwiek chciał w ogóle z tobą rozmawiać, ale nie są praktycznie nigdy same w sobie podstawą do jakichkolwiek oczekiwań. Możesz zrobić 10 fakultetów, a jednak nie nadawać się do swojej pracy. W trakcie studiów mogły cię rozpieszczać rozmaite stypendia i zachwyty wykładowców, ale zupełnie nie świadczy to o tym, że masz jakąkolwiek wartość dla przyszłego pracodawcy. Studia i późniejsza praca to dwa różne światy. Też mi się to nie podoba, ale tak obecnie jest. Nie ma co się nad tym faktem użalać, trzeba go po prostu przyjąć jako zasadę tej „gry” i do niej dostosować swoje działania.

 

Nie wierzę też w mit o ludziach niesamowicie zdolnych, utalentowanych, ale których jakimś dziwnym przypadkiem nikt nie zauważa i nie potrafi docenić. Moim zdaniem jeśli jesteś w swojej dziedzinie świetny, masz głowę na karku i potrafisz to wykorzystać, to możesz studiować neurobiologię, jodłowanie, czy naukę o grzybach. Nie ma złych pasji i zawodów. Są tylko ludzie, którzy nie mają pomysłu i wiedzy jak w ramach tej dziedziny chcą działać i stąd prosta droga do tragedii i rozczarowań.

Jedne zawody dają większe prawdopodobieństwo sukcesu, inne dużo mniejsze. To od ciebie zależy, którą drogę wybierasz i jaki masz na to pomysł.

 

To naprawdę jest wyłącznie twoja wina jeśli postanowisz zostać neurobiologiem, ale nie masz konkretnego planu jak przekuć to na pieniądze, które zapewnią satysfakcjonujące życie.

 

Możesz użalać się nad sobą, swoje niepowodzenia uzasadniać zmową wszystkiego dookoła, patrzeć wilkiem na ludzi w lepszych płaszczach i trzaskać drzwiami po kolejnej rozmowie kwalifikacyjnej, w której nikt nie poznał się na Twoim geniuszu. Możesz też wziąć sprawy w swoje ręce, planować swoją przyszłość, budować osobistą markę, szukać innych pomysłów i rozwiązań jeśli obecne się nie sprawdzają i przede wszystkim ciężko na swój sukces pracować.

W drodze do satysfakcjonujących zarobków i budowania własnej wartości studia to taki maleńki i początkowy przystanek. Jeśli w ich trakcie nie zdobyłeś minimum doświadczenia, nie zbudowałeś portfolio, nie zrealizowałeś kilku mniejszych lub większych projektów lub nie zrobiłeś czegokolwiek innego, co pokaże potencjalnemu pracodawcy twoją faktyczną wartość, to musisz te zaległości potem po prostu cierpliwie nadrobić. Czas na spicie śmietanki przychodzi wtedy dużo później, ale przyjdzie. Możesz uciekać przed tą odpowiedzialnością na fiordy, czy na zmywak na wyspy albo po prostu wziąć się do roboty.

Zobacz też: