Jak wygląda nic?

Joanna Jurek, 17-latka z Piotrkowa Trybunalskiego, jakiś czas temu miała swoje „5 minut".

W okresie życia, w którym dla mnie (i pewnie wielu jej rówieśników) największym osiągnięciem było przejście kolejnego poziomu w Diablo ona ma już na swoim koncie odkrycie innowacyjnej metody leczenia raka.

Oczywiście sam pomysł to tylko wierzchołek góry lodowej. Tego typu rozwiązania wymagają wieloletnich testów i nie gwarantują ostatecznego sukcesu, ale trzeba przyznać, że dokonanie jest imponujące, nie tylko ze względu na młody wiek. Słuchając o podobnych historiach często z tyłu głowy pojawia mi się pytanie o sens tego, co właściwie robię. Uwielbiam swoją pracę, ale sami przyznacie, że walka z poprawkami nijak ma się do ratowania ludzkiego życia.

Ktoś obok zmieniania świat, a my jako klasa kreatywna w tym czasie wymyślamy przenośne lodówki do arbuzów, sztuczne rogi dla kotów, czy papier toaletowy świecący w ciemności, powiększamy w nieskończoność logo albo pomagamy sprzedawać na Facebooku różne dziwne rzeczy.

Przesadzam? Do pewnego stopnia na pewno, ale bynajmniej nie jestem pierwszą osobą, która zauważa podobny problem i co jakiś czas powstają inicjatywy, które chcą nas naprowadzić na właściwe tory. Np. Nothing, czyli kawałek drewna pomalowany na czarno i sprzedawany pod hasłem „You have everything. You need nothing”.

nothing

Możemy ustawić go sobie na biurku jako ostrzeżenie przed przesadną konsumpcją i przypomnienie, żeby cieszyć się z tego co mamy. To wszystko za jedyne 34 euro…

Ironia, prawda? O problemie kupowania i tworzenia niepotrzebnych rzeczy ma nam przypominać kolejna niepotrzebna rzecz, która na dodatek jest zupełnie nie warta swojej ceny. 

Takie podejście do „naprawiania świata” jest bardzo typowe dla naszej branży. Rozumiemy problem, często bardzo się staramy, ale w ostatecznym rachunku nie bardzo nam to wychodzi. Jakiś czas temu na Facebooku pokazałem przykład pewnego Amerykanina, który z odpadków i elementów znalezionych na śmietniku postanowił budować domki dla bezdomnych. Wyszło mu to mniej-więcej tak:

houses

Pomysł i chęci warto docenić, ale wszystko psuje wykonanie. Końcowy efekt jest groteskowy, domy wyglądają bardziej jak kiczowate budy dla psów, a nie schronienia dla potrzebujących. Mam wrażenie, że w pewnym momencie tego Pana po prostu poniosła kreatywność. Chęć tworzenia wzięła górę nad chęcią realnej pomocy. Wydaje mi się, że to spotyka bardzo często wielu z nas. Jesteśmy jak dziewczynka rozdająca darmowe rysunki z tęczą – to urocze, ale niewiele wnosi.

tecza

Tymczasem we współczesnym świecie oprócz estetyki i użyteczności produktów bardzo istotny staje się ich wpływ na rozwiązywanie realnych społecznych problemów. Powstają kierunki studiów dedykowane temu zagadnieniu, a pomysły, którym sprytnie udaje się połączyć użyteczność z korzyściami dla społeczeństwa zyskują szybko dużą popularność.

Tacy giganci jak Coca Cola starają się pokazać z bardziej odpowiedzialnej strony i wyznaczają kierunek dla szukania nowych rozwiązań w przyszłości. W jednej ze swoich ostatnich akcji koncern postarał się nadać drugie życie butelce i dzięki zestawowi specjalnych nakładek wpłynąć na dalsze wykorzystanie minimalizujące przy okazji produkcję śmieci.

Jasne, to pewnie w dużym stopniu kampania reklamowa realizowana z komercyjnych pobudek budowania pozytywnego wizerunku, ale pisana jest przecież pod oczekiwania odbiorców. A te są wyraźne: dość mamy rzeczy bezużytecznych, nikomu nie potrzebnych.

Dlaczego o tym piszę?

Bo boli mnie marnowanie naszego potencjału. Można śmiało powiedzieć, że jako przedstawiciele klasy kreatywnej jesteśmy od wieków motorem napędowym świata i pomagamy w ogólnie rozumianym rozwoju i postępie. Mam wrażenie, że zbyt często rozmieniamy się ostatnio na drobne i angażujemy naszą energię w złe pomysły. I nie chodzi tutaj teraz o rzucenie wszystkiego i misję ratowania ludzkości. Chciałbym po prostu żebyśmy częściej próbowali zrobić coś dobrego, pożytecznego, żebyśmy nie zakopywali naszych możliwości w projektach, które nie są tego warte.

To, co mam na myśli można pokazać na dwóch przykładach.

Po pierwsze – Comic Sans For Cancer

Grupa przedstawicieli branży kreatywnej skrzyknęła się i przygotowała wystawę prac, które opierały się o wykorzystanie kroju Comic Sans. Całość miała na celu zbiórkę pieniędzy na cele badań nad rakiem. Świetna idea kierująca branżowy hejt w pożyteczną stronę. Zamiast tworzyć kolejnego mema nabijającego się z tego nieszczęśliwego fontu ktoś pomyślał, że można ten potencjał przełożyć na cele charytatywne.

Po drugie – 50 problemów w 50 dni

Pewien student postanowił rozwiązać w ciągu 50 dni 50 różnych problemów związanych z szeroko rozumianym projektowaniem. Odwiedził przy tym 10 różnych miast europejskich i poznał ludzi z 12 różnych agencji reklamowych. Abstrahując już od rozgłosu, który przyniosła chłopakowi cała akcja jest to świetny przykład wykorzystania kreatywnego potencjału do tworzenia rzeczy pożytecznych, rozwiązujących realne potrzeby. Wyszło mu czasami lepiej, czasami gorzej, ale to kierunek myślenia, którego często nam brakuje.

Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że design pełni też często funkcję rozrywkową. Sam uwielbiam kupować i oglądać rzeczy, które nie są do końca użyteczne czy niezbędne. Czasami wystarczy, że są np. po prostu ładne. Nie chodzi też o to, żeby teraz w branży kreatywnej szukać grupy zbawicieli ludzkości i przypisywać naszej pracy nie wiadomo jaką rolę. Chciałbym jedynie żebyśmy częściej próbowali twórczy potencjał wykorzystać do rzeczy potrzebnych, pomocnych. Żebyśmy częściej zastanawiali się nad tym, czy projekty i pomysły, w które się angażujemy cokolwiek wnoszą. Często nasza pomoc nie jest zależna przecież od chęci tylko braku samej świadomości tego, że możemy pomóc, zrobić coś pożytecznego.

Zobacz też: