Pięć pytań do Macieja Aniserowicza

Programista, bloger, przedsiębiorca, twórca internetowy, autor książki – można by wymieniać jeszcze długo. Moim gościem jest Maciej Aniserowicz, któremu zadałem pięć konkretnych pytań.

 

Przed Tobą piętnasty odcinek mojego podcastu „Pomoc w kreatywnej Pracy”. Żeby go posłuchać, kliknij żółty przycisk powyżej.

Możesz też pobrać ten odcinek na swój dysk.

O czym jest ten odcinek?

Dziś mam gościa. Jest nim Maciej Aniserowicz – programista, bloger, przedsiębiorca i twórca internetowy, który działa na bardzo wiele różnych sposobów. Jest też autorem książki „Zawód: Programista”.

 

 

O czym rozmawiamy?

Tematów, które poruszamy jest naprawdę sporo. Omawiamy:

  • jak „pójść na swoje” i nie upaść,
  • jak budować markę osobistą,
  • jak planować i wybierać projekty do realizacji,
  • jak żonglować sprawnie wieloma zadaniami i rolami,
  • czy wybrać niszę czy wszechstronność.

Więcej informacji na temat Macieja znajdziecie na jego blogu oraz kanale na YouTube.

 

Nie przegap kolejnych odcinków:

Zachęcam też do zapisania się na newsletter oraz polubienia fanpage.

 

 

Wersja tekstowa:

Poniżej znajdziesz skróconą i dostosowaną do potrzeb tekstu wersję wywiadu. Jeśli nie możesz lub nie chcesz słuchać audio, zapraszam do przeczytania. :)

1. Zrobiłeś to, o czym marzy wiele osób – zamieniłeś etat na świetnie rozwijającą się własną działalność. Co poradziłbyś innym, którzy chcą iść tą drogą? Jak pójść na swoje i nie upaść? Jaka byłaby jedna, najważniejsza rada, która przychodzi Ci do głowy jako pierwsza?

Tak faktycznie już ponad 2 lata jestem „bezetatowcem”. Wcześniej miałem jedynie krótki epizod jako freelancer, jednak dopiero to, co robię teraz, podpada pod kategorię „własna działalność”. Jest to bardzo ciekawe doświadczanie i nie żałuję, że spróbowałem.

Nie jestem jednak pewien, czy moja działalność rozwija się dokładnie tak, jakbym tego chciał. Chyba jeszcze nie do końca i sporo pracy przede mną. Wynika to z faktu, że nie byłem odpowiednio przygotowany do otwarcia działalności. I to jest chyba właśnie najważniejsza rzecz, którą mógłbym poradzić osobom, pragnącym wejść na tę ścieżkę.

Musicie uzmysłowić sobie, że prowadząc działalność, przestajecie być jedynie specjalistą w jednej wąskiej dziedzinie. Nagle musicie stać się specjalistą nie tylko w tym, co robicie, ale także marketingowcem, sprzedawcą, szefem dla siebie i dla innych, właścicielem, biznesmenem, negocjatorem itd. Tych ról jest mnóstwo i w każdej trzeba się jakoś odnaleźć.

Zanim otworzycie firmę, polecam Wam również przeczytanie książki, którą ja przeczytałem niestety dopiero w tym roku. Chodzi o „Mit przedsiębiorczości” Michaela E. Gerbera. Jest to genialna książka, w której autor dokładnie pokazuje, co dzieje się, kiedy pasjonat postanawia prowadzić własny biznes.

Jest tam wiele przykładów, porad wziętych z życia: jak podejść do trudnych tematów, jak się z nimi zmagać i jak patrzeć na to, co robimy, z lekkiego dystansu. Lektura tej książki bardzo wpłynęła na moje działania. Nie było to niestety łatwe, ale na pewno bardzo rozwijające doświadczenie.

2. Prowadzisz bloga, podcast, kanał na YouTube, napisałeś książkę, tworzysz szkolenia itp. Można wymieniać jeszcze długo – jak udaje Ci się utrzymać takie tempo, tym bardziej, że masz jeszcze przecież małe dziecko? Gdybyś miał podać najważniejszy element, który decyduje o tym, że udaje Ci się sprawnie tym wszystkim żonglować i nie zwariować, to co by to było?

Faktycznie, patrząc z zewnątrz, może się wydawać, że robię dużo rzeczy jednocześnie. Ale tak naprawdę staram się, by moja działalność zajmowała mi maksymalnie 30 h tygodniowo. Nie jest to dużo – to nawet nie jest pełen etat. Zwykle nawet wychodzi tych godzin mniej. W tym czasie robię wszystko: piszę bloga, nagrywam podcast, nagrywam vloga, przygotowuję się do szkoleń, konferencji.

W tym roku postanowiłem dodatkowo, że będę miał wolne środy. Są to dni tylko dla mnie. Dzięki nim zyskuję szersze spojrzenie na swoje życie i działalność zawodową.

Pracy jako takiej mam teraz dużo mniej niż kiedyś. Zwłaszcza, że kiedyś robiłem to, co robię teraz, a dodatkowo pracowałem na pełen etat. Mam też 5letnią córeczkę, której staram się poświęcać dużo czasu. Jest to dla mnie spore wyzwanie.

Kiedyś cały czas żyłem w trybie „gaszenia pożaru” i nie do końca miałem kontrolę nad tym, co się dzieje. Tak było jeszcze 7 lat temu. Właśnie wtedy zainteresowałem się na poważnie tematem zarządzania sobą w czasie. Na topie była wówczas metodyka Getting Things Done. Poznałem ją, próbowałem nawet u siebie wdrożyć, ale nie wyszło mi to do końca dobrze.

Najważniejsza nauka, jaką wyciągnąłem z procesu umiejscawiania siebie w czasie, to zasada oddzielenia procesu planowania od procesu realizacji planów. Ta jedna zmiana dała mi bardzo wiele.

Od lat wyznaczam sobie konkretne bloki czasowe na myślenie o tym, co będę robił za jakiś czas, na planowanie działań. Dopiero później przychodzi etap realizacji tych planów. Samo to rozdzielenie planowania od działania daje mi naprawdę wiele. Mogę się skupić albo na jednym, albo na drugim.

Jeśli etap świadomego głębokiego planowania pominę, wychodzi to od razu w trakcie realizacji. Zaczynam robić wiele rzeczy na raz, moje życie opanowuje multitasking, w którym wcale nie jestem dobry (jak większość ludzi zresztą, nawet gdy wydaje im się, że jest inaczej).

Bardzo ważna jest też nauka mówienia „nie”. Tak naprawdę obecnie mam ten komfort, że więcej rzeczy nie robię niż robię. Większej liczbie inicjatyw mówię „nie” – mimo iż nie zawsze chcę odmawiać. Zazwyczaj chciałbym robić wszystko. Jednak od kiedy uznałem, że nie da się wszystkich pomysłów zrealizować, to jest mi znacznie łatwiej. Robię dużo i mimo iż chciałbym robić więcej, to ucinam rzeczy, które nie są dla mnie kluczowe.

Niektóre pomysły nawet nie wchodzą w etap planowania. Zapisuję je sobie gdzieś – to jest bardzo ważne, by się ich pozbyć z głowy – a i tak większość z nich nie dochodzi do skutku. Mam je gdzieś tam spisane.

Czasem zaczynam je nawet planować, czasem realizować. Jednak więcej rzeczy nie robię niż robię. Bardzo polecam takie filtrowanie tego, co jest naprawdę ważne.

Tutaj może pomóc książka Setha Godina „The Dip” – 80 stron o tym, że warto być najlepszym na świecie w tym, co się robi. I tak właśnie staram się działać.

3. Z jednej strony jesteś dla mnie przedstawicielem konkretnej, wąskiej specjalizacji (programowanie), a z drugiej osobą, która działa bardzo szeroko, na różne sposoby już w ramach tej specjalizacji. O kilku przykładowych obszarach opowiedziałem w poprzednim pytaniu. Myślę, że problem specjalizacja vs wszechstronność to kwestia, która zastanawia sporo ludzi. Jakie jest Twoje podejście do tego tematu? Kiedy warto się specjalizować, a kiedy iść szeroko? Kiedy warto zostać przy niszy, a kiedy lepiej być wszędzie? Które podejście jest Twoim zdaniem lepsze?

Tak naprawdę nie planowałem tego, czy będę specjalistą w jednej dziedzinie, czy może poszerzę swoją działalność. Te dodatkowe aktywności wyszły z mojego poczucia misji.

Kiedyś byłem tylko programistą, komunikowałem się tylko z programistami. Programowanie było moją pasją i całym moim życiem. Około 3 lat temu dopadło mnie wypalenie zawodowe, którego skutki odczuwam jeszcze dziś.

Okazało się, że muszę znaleźć inne źródło utrzymania, zacząć robić coś innego w większym zakresie niż kiedyś. Zrozumiałem, że nie mogę więcej programować, ponieważ to mnie po prostu zabije.

To doświadczenie było dla mnie osobistą tragedią, ale też wiele mnie nauczyło. Zacząłem się zastanawiać, co ja bym tak naprawdę chciał w życiu osiągnąć?

Stwierdziłem, że zależy mi na tym, by odczarować branżę IT. Zacząłem więc komunikować bardziej do osób spoza branży: do małżonków programistów, rodzin, przyjaciół itd. Chciałem, by zrozumieli, co kieruje programistami, jaki mamy kodeks wartości, jakie zasady są dla nas ważne.

Jednocześnie zacząłem budować swój przekaz do ludzi, którzy dopiero wchodzą do branży IT: do studentów, a ostatnio nawet do gimnazjalistów czy uczniów technikum. Jeżdżę po szkołach średnich, spotykam się z nimi, tłumaczę, czym jest branża IT.

Kiedy ja sam wybierałem zawód, bardzo brakowało mi takiej właśnie wiedzy. Widzę, że ta luka nadal istnieje i staram się ją wypełniać. To mi daje takie poczucie spełnienia.

Kiedy warto zostać przy niszy, a kiedy warto być wszędzie? Wiem, że teraz już nie mógłbym działać bardzo niszowo. Po prostu zanudziłbym się na śmierć. Wiem, że Ty masz podobnie, bo również prowadzisz szkolenia, robisz kursy online, piszesz bloga, nagrywasz podcast, filmy na YouTube.

Ja działam w taki sam sposób. Kiedy znudziła mi się forma tekstowa, zacząłem tworzyć podcast. Gdy podcast mi spowszedniał, postanowiłem udzielać się w innych mediach. I to faktycznie fajnie się kręci.

Zwieńczeniem takiej mojej działalności była książka „Zawód: Programista”, którą wydałem pół roku temu po 10 latach pracy. To też było bardzo ciekawe doświadczenie, które niezmiernie dużo mnie nauczyło.

Zachęcam do eksperymentowania, próbowania. Pamiętajcie, że żadna decyzja nie jest nieodwracalna, ostateczna. Takie decyzje, które niosą za sobą trwałe konsekwencje, z którymi nie umiemy sobie poradzić, z których nie można się wycofać – ich tak naprawdę jest bardzo niewiele.

Staram się podejmować ryzyko, zaczynać nowe rzeczy, przełamywać własny strach, bariery. Dzięki temu mocno się rozwijam. I okazuje się, że cała moja działalność może być naprawdę świetną przygodą.

4. Twoja marka osobista rośnie z każdym miesiącem i daje Ci realne korzyści. Co poradziłbyś osobom, które chciałyby wziąć z Ciebie przykład? Od czego powinny zacząć budowanie rozpoznawalności własnej osoby? Jaka jest najważniejsza rzecz, którą powinny wziąć pod uwagę?

Marka osobista czyli tzw. personal branding to jest moim zdaniem temat dość „śliski”. Napisałem o tym w mojej książce rozdział pt. „Programista i co dalej?”. Muszę przyznać, że jest on wyjątkowo krótki.

Kiedyś próbowałem kreować siebie na zewnątrz bardziej świadomie i niestety skończyło się to dla mnie źle. Ta osoba na zewnątrz nie była tak naprawdę mną. Kreowałem sztucznego siebie. Mówiłem zaplanowane rzeczy, budowałem wizerunek i wysyłałem go w świat. Jednak moi znajomi uświadomili mi, że jest dwóch mnie i tak naprawdę nie wiadomo, który z nich jest prawdziwy.

A kiedy dochodziło do weryfikacji mojego wizerunku, gdy ktoś spotykał mnie na szkoleniu czy konferencji, okazywało się, że ja jestem zupełnie inny niż moje wirtualne alter ego.

Zaczęło mi to bardzo przeszkadzać i postanowiłem, że będę po prostu sobą. Wszędzie. I w życiu codziennym, i na konferencjach, i na szkoleniach, w podcaście, na blogu, na YouTube.

Teraz, gdy mnie spotkacie, to jestem po prostu ja. Nie kreuję na siłę przekazu, robię wszystko w zgodzie ze sobą i zdecydowanie polecam to innym.

Trzeba tworzyć swoje treści, nie wstydzić się ich, być kreatywnym, nie wstydzić się siebie.

Oczywiście, konsekwencje mogą być różne. Nieraz nie dostałem szkolenia, czy nie zaproszono mnie na konferencję, ponieważ niektórzy nie lubią mnie jako mnie. Ale to dobrze – nie każdy musi nas przecież lubić.

Dla mnie najważniejsze jest, że mogę rano spojrzeć w lustro i się do siebie uśmiechnąć, ponieważ zawsze działam w zgodzie ze sobą. Jeżeli jakieś działanie powoduje, że zastanawiam się, czy ja to ja, wiem z góry, że nie powinienem tak działać.

Nie jest to może światła porada, ale ja tak funkcjonuję. Wiem, że niekoniecznie jestem osobą, z której warto brać przykład ;) Na co dzień jednak robię to, co bym zrobił nawet, gdyby mnie ktoś nie obserwował. To jest mój klucz do wszelkich działań. Prywatnie podejmuję takie decyzje, które mogę swobodnie pokazać publicznie i się ich nie wstydzić.

5. Jak planujesz swoją pracę i projekty, za które chcesz się zabrać? Czy masz na to jakiś system/sposób/miejsce/czas itp.? Jak dochodzisz do tego, w jakim kierunku warto iść, a z czego rezygnować?

Swoją pracę planuję przede wszystkim świadomie, więc mam dużo czasu na myślenie.

Kiedyś pokazywałem na vlogu, jak wygląda u mnie proces planowania tygodnia czy miesiąca. W odpowiedzi na to nagranie otrzymałem wiadomość, że strasznie dużo czasu poświęcam na planowanie. Padło pytanie, kiedy w takim razie jest czas na działanie? ;)

Rzeczywiście planowanie zajmuje mi sporo czasu. Jest taki słynny cytat przypisywany Abrahamowi Lincolnowi: „Daj mi 8 h na ścięcie drzewa, a ja przez pierwsze 6 będę ostrzył siekierę”.

Taki sposób działania sprawdza się u mnie doskonale. Dzięki niemu, kiedy siadam do realizacji, wiem dokładnie, co, jak, po co i dlaczego chcę zrobić. Te dwa etapy się u mnie nie mieszają.

Jak decyduję, co zrobić, a z czego zrezygnować? Można powiedzieć, że kieruję się instynktem, po prostu czuję to.

Kiedy przychodzi wena, pomysł, inicjatywa z zewnątrz, to w ciągu 5 minut mogę powiedzieć, czy ja w ogóle chcę to robić, czy może jednak nie. I to jest to, o czym mówiłem wcześniej – jest to umiejętność rezygnowania i odmawiania.

Dziś cel musi mnie naprawdę porwać, żebym chciał go zrealizować. Czasem daję sobie nawet kilka miesięcy na podjęcie decyzji. Zapisuję jakiś pomysł i jeśli on do mnie co jakiś czas wraca, oznacza to, że warto się nad nim pochylić. Warto poświęcić mu więcej uwagi i być może go zrealizować.

Takim pomysłem było napisanie książki – chodziło to za mną latami. Wiedziałem, że to będzie trudne, ale skoro od lat nie mogłem się uwolnić od tego pomysłu, było w nim coś szczególnego.

W tym roku po wakacjach planuję rozszerzyć swoją działalność na rynki zagraniczne. Wiem, że to będzie trudne, ale ten pomysł chodzi za mną od ponad roku. Ja go cały czas odkładam w czasie, zapisuję kolejne mikropomysły i cały czas je od siebie odsuwam. A one wracają do mnie jak bumerang. Aż wreszcie teraz nadszedł ten moment, kiedy wiem, że za parę miesięcy podejmę się tej realizacji.

Zleciłem już zaprojektowanie logo, kupiłem domenę – wszystko dzieje się jednak bardzo powoli. Wychodzę z założenia, że mam przed sobą tyle życia, że nie muszę się z niczym spieszyć.

Jeśli coś faktycznie chcę zrobić i czuję, że to może być fajne dla mnie, to po prostu to robię. Dużo jeżdżę samochodem po Polsce – spędzam kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt godzin w miesiącu za kółkiem. Mogę wtedy swobodnie pomyśleć. Biorę dyktafon, nagrywam swoje pomysły, robię z nich transkrypcję, a potem nadchodzi etap planowania i weryfikacji.

Często już na etapie dyktowania wiem, że dany pomysł nigdy nie zostanie zrealizowany. Jednak mimo to zapisuję go, wyrzucam z głowy, by do mnie nie wracał. A jeśli wraca, i wraca, i wraca, oznacza to, że czas jest się nim zająć.

Staram się nie robić dalekosiężnych planów. Zwykle rozpisuję działania roczne, ale wiem, że one będą się zmieniać. Główne zadania mam zaplanowane na 3 miesiące. Po tych 3 miesiącach jestem prawie zawsze wolny. Jeśli więc jakiś pomysł do mnie wraca, wiem, że za 3 miesiące będę mógł się nim zająć. To mi daje mnóstwo kreatywności.

Zobacz też: