Wojna światów

Bijący ostatnio rekordy popularności fanpage Junior Brand Manager, serwujący nam codziennie kwiatki typu: „Żaden PAN TONE u nas nie pracuje" czy „Proszę zrobić interlinię na pół mojego palca" obserwuje już chyba cała branża.

Większość publikowanych tam tekstów jest na tyle absurdalna, że ciężko nawet uwierzyć, że ktokolwiek odpowiedzialny za wizerunek marki mógł tak powiedzieć lub się zachować. Nie ukrywam, fajnie jest się z tego pośmiać, połączyć z zebranymi braćmi niedoli i napisać kilka ironicznych komentarzy. Trochę nas to uspokaja , pociesza, w końcu można powiedzieć, że „nie tylko my pracujemy z idiotami”, „nie tylko my mamy taki beton po drugiej stronie”. I ja naprawdę to rozumiem. Dotychczas myślałem, że to nieszkodliwe, że rozładowuje napięcie, pozwala pośmiać się, chociażby przez łzy, zamiast tonąć w goryczy po kolejnym trudnym mailu.

Czy na pewno to nam pomaga?

Skala tego zjawiska sprawia jednak, że zaczynam się zastanawiać, czy to aby przypadkiem nie pogłębia przepaści pomiędzy dwoma światami. Zauważam, że niesieni tym prześmiewczym tonem szukamy coraz częściej dziury w całym, trochę przesadzamy. Robimy się chyba po prostu zarozumiali. Oczywiście z niektórymi idiotyzmami trudno polemizować, ale za łatwo przychodzi nam uśrednianie i wrzucanie do jednego worka. Kiedy klient zada nam głupie pytanie lecimy je drukować, żeby wywiesić na ścianę albo podsyłamy w odpowiednie zakątki Facebooka licząc, że nasz przypadek zbierze dużo lajków – miarodajny wyznacznik współczucia i metaforyczne poklepanie po plecach. Niech koleżanki i koledzy z branży przyznają, że masz ciężko.

I oczywiście mamy dużo racji.

Niektórzy klienci są niereformowalni, gburowaci albo wszystkowiedzący. Stanowią jednak margines, pewien odsetek określonej grupy, która nie zasługuje na łatkę debili. Obserwując tę nagonkę jestem w stanie sobie wyobrazić, że stanowisko Junior Brand Manager w niedługim czasie stanie się symbolem obciachu i zacznie wywoływać nieprzyjemny rechot w agencyjnych pokojach. Domena brandmanager.pl kieruje już do miejsca linczu, pewnie niedługo będzie można tam kupić kubki, plakaty i inne koszulki. I bynajmniej nie jest tak, że uwziąłem się na tej jeden profil. Zjawisko to jest znacznie szersze i tych, którzy chcieliby to tłumaczyć „polskością” odsyłam np. do Clients From Hell.

O co mi w ogóle chodzi?

Zastanawiam się czy to nie jest aby przypadkiem wywoływanie wojny domowej. My, reprezentanci agencji i przedstawiciele klienta jesteśmy na siebie skazani. Ta współpraca to esencja naszego zawodu. Stawiając sobie sztuczne bariery chyba to wszystko jeszcze bardziej utrudniamy. Często nasza pozycja wyjściowa to niechęć, poczucie wyższości. Kiedy Pani Jola coś palnie łatwo powiedzieć „wiadomo – Junior Brand Manager”. Może jest inna droga?

Oni są trudni, my jesteśmy trudni, oni mają swoje racje, my także – zróbmy coś z tym. Może warto skrzyknąć się, oczyścić atmosferę, próbować wzajemnie edukować, zrozumieć, budować jakość i standardy wzajemnej komunikacji. Może nawet warto wylać wprost wszystkie żale w imię tego, żeby wyciągnąć wnioski i wrócić do współpracy. Lepszej, bo opartej o wzajemny szacunek, a nie czyszczonej łzami przysłanianymi śmiechem w agencyjnym pokoju, wśród swoich. Pewnie będzie trudniej, mniej zabawnie, ale jestem przekonany, że w ostatecznym rozrachunku wniesie więcej.

Bądźmy w kontakcie

Obserwuj fanpage bloga. Bądź na bieżąco z ciekawymi materiałami i nowymi wpisami.