Poddać się, czy nie? Jak ocenić co jest lepsze?

Walczyć do końca mimo niepowodzeń, czy zrezygnować? Skąd masz wiedzieć, co bardziej Ci się w danej sytuacji opłaci?

Sylwester Stallone, tuż przed swoją trzydziestką, dotknął dna. Marzył o wielkiej karierze aktorskiej, ale jego CV wypełniały głównie krótkie epizody w takich ciemnych zaułkach kinematografii, jak komedia erotyczna Wieczorek u Kitty i Studa1.

Pojawiły się też problemy finansowe. Pewnego dnia – kiedy cała biżuteria jego żony była już zastawiona w lombardzie, a pieniędzy nadal brakowało nawet na jedzenie – wziął swojego psa i sprzedał go przypadkowemu przechodniowi za $25 dolarów2.

Na pewno nie przypuszczał wtedy, że wyjście z tej beznadziejnej sytuacji objawi mu się w… telewizorze.

Stallone w 1978r. Źródło Wikipedia

Ali vs Wepner

24 marca 1975 media ekscytowały się walką Muhammeda Ali z Chuckiem Wepnerem. Pojedynek, który miał być dla Aliego łatwym zwycięstwem, przerodził się w 15-rundowe widowisko.

Wepner, skazywany przez obserwatorów na porażkę, zaskoczył wszystkich zawziętością, posyłając rywala nawet na moment na deski. Aliemu udało się go znokautować dopiero w ostatnich sekundach finałowej rundy. Mimo porażki, Wepner zgarnął wiele pochwał za determinację i odwagę.

 

 

Narodziny Rockiego

Stallone zakochał się w tej historii. W jednej sekundzie zrozumiał, że właśnie podano mu na tacy materiał na jego wielki film. Oczami wyobraźni zobaczył siebie odgrywającego rolę nikomu nieznanego boksera, który walczy o swoje marzenia i wbrew wszelkiej logice stawia opór wielkiemu faworytowi.

Stworzenie pierwszej wersji scenariusza zajęło mu zaledwie 20 godzin, drugi krok był jednak trudniejszy – musiał znaleźć producenta. Pukał od drzwi do drzwi, aż wreszcie ktoś zgodził się go posłuchać.

Pewien inwestor zaproponował mu $250 000, ale pod jednym warunkiem: kupuje sam scenariusz. Główną rolę zagra ktoś inny. Film potrzebował gwiazdy, a Stallone zdecydowanie nią wtedy nie był.

Co zrobił facet, który niedawno nie miał za co kupić jedzenia, kiedy usłyszał, że ktoś proponuje mu ćwierć miliona dolarów za 20 godzin pracy? Odmówił.

Ten film to miała być przepustka do realizacji jego marzenia. Wielka historia, w której on sam będzie głównym bohaterem. Bez niego na pierwszym planie ta wizja nie miała sensu.

Producent przebił swoją ofertę. Na stole tym razem wylądowało $325 000. Stallone po raz kolejny powiedział: „nie”.

Studio, widząc jego determinację, zmieniło strategię. Zapłacili mu za scenariusz tylko $35 000, ale spełnili jego warunki i obsadzili w głównej roli.

 

 

Wielki sukces

Stallone zagrał o wszystko. Gdyby film nie wypalił, zostałby znowu na lodzie z małą gażą i kolejną klapą na swoim koncie. Jeśli jednak pomysł by chwycił, wygrałby wymarzoną sławę.

Jakie były losy Rocky’ego wszyscy wiemy. Wielki hit, klasyka kina, którą zna każdy. Film zdobył dziesięć nominacji do Oscara i trzy statuetki, a Stallone został wreszcie zauważony i doceniony.

Piękna historia, prawda? Marzenia, pasja i wytrwałość wygrały z przeciwnościami. Jest bohater, są problemy, ale jest też nagroda. Takich opowieści chętnie się słucha, więc znamy ich całkiem sporo.

Nawet sam Rocky bazuje na tym schemacie. Bokser-amator chce udowodnić swoją wartość, więc strasznie ciężko trenuje. Kiedy upada, znowu się podnosi. O swoje marzenia walczy z wielkim mistrzem, który niesamowicie go sponiewiera, a nawet ostatecznie pokonuje. Nie to się jednak dla nas liczy. Rocky się starał, był zdeterminowany, walczył do końca, a to wzbudza sympatię.

Słyszysz w tle Eye Of The Tiger? Widzisz jak Stallone wbiega po tych wielkich schodach? Chcesz być jak Rocky – nie chcesz się poddać.

Problem polega na tym, że taka postawa pięknie wygląda na ekranie, ale w prawdziwym życiu nie zawsze się opłaca.

Efekt Kosztów Utopionych

Zdarzyło Ci się kiedyś męczyć oglądając jakiś serial, byle tylko go skończyć? Przecież masz za sobą już dwa sezony. To była spora inwestycja czasu i głupio by było teraz przerwać, nawet jeśli historia już Cię nie wciąga.

A może siedzisz w pracy, której nienawidzisz? Zanim rzucisz ją w cholerę chcesz dokończyć jeszcze tych kilka rozpoczętych projektów. W sumie nic się nie stanie jeśli teraz przerwiesz, ale Tobie głupio byłoby zostawiać je w połowie, nawet jeśli nie widzisz w nich sensu.

Brzmi znajomo?

To dotyczy wielu aspektów naszego życia. Brniemy w toksyczne związki, kończymy studia do których namówili nas rodzice, a nawet tracimy majątki na giełdzie przez ten sam problem. Psychologowie nazywają to Efektem Kosztów Utopionych (ang. Sunk Costs Fallacy).

Skoro zainwestowaliśmy w coś czas, energię albo pieniądze, nie chcemy tego przerywać. Nawet jeśli nie ma to już przyszłości i nie widzimy w tym więcej sensu. Nie chcemy się poddać albo przyznać do błędu. Brniemy dalej wbrew wszelkiej logice.

Może to tylko chwilowy kryzys? Może przejdzie? Sylwester Stallone oraz jemu podobni się nie wycofali i spotkała ich wreszcie nagroda. Muszę zrobić tak samo: zagryźć zęby i walczyć do końca, prawda?

Skala problemu utopionych kosztów bywa gigantyczna i dotyczy nawet największych korporacji. Znane są przypadki wielomilionowych inwestycji, które były kontynuowane tylko dlatego, że nie chciano przyznać się do złego zaangażowania wcześniejszych środków. Menedżerowie woleli tracić majątek zamiast przyznać się do błędu albo ślepej uliczki.

 

 

Brnąć czy odpuścić?

Po sukcesie Rocky’ego powstały jeszcze 4 kolejne części. Na podobnym mechanizmie bazowały też inne produkcje z udziałem Stallone’a – Rambo oraz Kobra. Nigdy jednak nie udało się powtórzyć sukcesu pierwszej części Rocky’ego.

Kolejne filmy świetnie na siebie zarabiały, ale były też masowo krytykowane. Stallone zdobył łącznie 10 złotych malin (antynagroda przyznawana najgorszym filmom i aktorom, przeciwieństwo Oskara) oraz ponad 30 innych nominacji za najgorsze role filmowe.

Stallone nie wiedział kiedy powiedzieć „dość”. Kolejne próby nie miały sensu i tylko pogarszały sprawę.

Bo tak naprawdę rady z kategorii „nie poddawaj się” to mit potęgowany przez przypadkowe historie albo tandetne książki na temat rozwoju osobistego. Strategia „walcz za wszelką cenę do końca” może przynieść tyle samo szkody, co pożytku.

Wszystkie próby wpisania sukcesu w czarno-białe ramy nie mają sensu. Możesz wygrać zarówno determinacją, jak i spasowaniem w odpowiednim momencie. Prawda leży po środku i ma więcej odcieni szarości niż chcielibyśmy zauważać.

Najważniejsze to nie dać się utopić. Jak to zrobić? Możesz wykorzystać przynajmniej trzy strategie.

1. Wyznacz granicę

We wiele projektów brniemy za długo, ponieważ nie istnieje wyraźna granica, która powie nam, czy powinniśmy skończyć, czy działać dalej.

Załóżmy, że postawiasz założyć bloga. Prowadzisz go przez rok, ale efekty są średnie. Skąd masz wiedzieć, czy warto ciągnąć to dalej, czy odpuścić? Pomoże Ci wyznaczenie wyraźnego, mierzalnego punktu w przyszłości, w którym musisz podjąć decyzję. W praktyce może to wyglądać tak:

  • „jeśli za 6 miesięcy nie będę miała 10 tysięcy czytelników w ciągu miesiąca, to rezygnuję”,
  • „jeśli nie uda mi się publikować jednego wpisu tygodniowo przez trzy miesiące, to znaczy, że nie ciągnę tego dalej”.

Granice mogą być oczywiście różne dla różnych projektów. Inaczej sformułujesz je w pracy, a inaczej w swoim hobby. Warto je jednak wyznaczać na samym początku bo zmusi Cię to do weryfikacji i konkretnej oceny w ramach jakiegoś kryterium.

2. Zrób przerwę

Czasami nie przerywamy nic nie wnoszącej działalności bo nie wyobrażamy sobie, że moglibyśmy przestać.

Jeśli przez trzy lata próbujesz rozkręcić własny sklep online, to praca nad nim wejdzie Ci w nawyk. Im więcej wysiłku w to włożysz, tym bardziej będzie Ci się to wydawało jedyną możliwą drogą. Boisz się przerwać bo perspektywa końca jest zbyt radykalna i definitywna. Może nie zawsze trzeba palić mosty?

Czasami przyda się po prostu przerwa – zawieszenie działalności, spojrzenie z dystansu. Może okazać się, że bez tego projektu jest Ci znacznie lepiej, a nowe pomysły dają dużo więcej radości albo korzyści. Jeśli nie, to zawsze możesz wrócić.

3. Pomyśl o alternatywie

Z kosztami utopionymi wiążą się też koszty alternatywne. Czym są? To wszystkie rzeczy, które możesz robić zamiast tego, co obecnie. Nasze środki są zawsze skończone. Mamy ograniczoną ilość czasu, pieniędzy i energii. Jeśli zainwestujemy je w jedną rzecz, to musimy zrezygnować z innej.

Kiedy angażujemy się w jakiś projekt, łatwo stracić z oczu inne alternatywy. Jeśli boisz się przerwać, zastanów się nie tylko jakie koszty topisz, ale też jakie masz inne opcje. Być może kontynuacja średnio rokującego projektu nie jest najgorszym pomysłem, ale w kontekście innych możliwości daje mniejsze korzyści. Praktycznie zawsze masz jakiś wybór.

 

 

Trudny wybór

Każdy z nas na pewno nie raz zastanawiał się, czy warto się poddać. Nie ważne czy chodzi o studia, pracę, czy zwykły projekt poboczny, na szali jest przeważnie masa zainwestowanej energii i duży sentyment. Włączają się emocje, a to nie ułatwia decyzji.

Nie da się jednoznacznie powiedzieć jakie podejście jest najlepsze. Czasami opłaci się walka do końca, a czasami im szybciej zrezygnujemy, tym dla nas lepiej. Najważniejsza jest jednak świadomość. Im bardziej czujemy, że jakieś koszty możemy utopić, tym łatwiej będzie nam wycofać się zanim będzie za późno.

Przypisy

  1. Stallone na początku kariery zaliczył też np. epizod w filmie Woodego Allena. Nie grał więc wyłącznie w filmach klasy C, ale były to małe rólki, dalekie od jego marzeń i nie gwarantujące stabilnych zarobków.
  2. Kiedy tylko Stallone dostał pieniądze za scenariusz do Rockiego, poszedł odkupić swojego psa. Nowy właściciel ustąpił dopiero kiedy Stallone obiecał mu rolę w swoim powstającym filmie.

Darmowy ebook!

Opisałem 39 sposobów na ułatwienie kreatywnej pracy. Chętnie wyślę Ci ten materiał za darmo. Wystarczy, że zapiszesz się do mojego newslettera:

  • Pamiętam, jak po założeniu założeniu DG w sierpniu, od stycznia do marca nie miałem ani jednego zlecenia. W lutym żona już mówiła, żebym wrócił na etat, w marcu pożyczałem kasę na ZUS. Zacisnąłem zęby, chociaż miałem cały świat i najbliższych przeciw sobie i przetrwałem. Od tamtej pory było już tylko lepiej. Jednak po 7 latach coraz częściej mam kryzysy i potrzebuję dłuższych przerw. W żadnej mierze nie są to myśli powrotu na etat, raczej o przebranżowieniu, tylko nie mam pojęcia w co.

    Teraz właśnie przechodzę od poniedziałku kryzys. Męczę kilka projektów, siedzę po kilkanaście godzin i nie widzę efektów. Klienci kręcą nosami, wmawiają mi pójdzie na łatwiznę, ale mówią wprost „chujnia”. Doszło nawet do tego, że „świetny wtorkowy projekt” wczoraj został odrzucony i klient chce tylko akutalizacji danych w swoim wcześniejszym projekcie, chociaż podczas nawiązywania współpracy mówił wprost, że zależy mu na świeżym spojrzeniu, zrobieniu wszystkiego od nowa i ogólnie w moim portfolio widzi potencjał. Wczoraj już nie widział.

    A jeśli chodzi o poddawanie się czy brnięcie, to naprawdę nie znając przyszłości trudno to ocenić. Ile osób poddawało się tuż przed sukcesem? Skąd wiem, czy nie odpuściliśmy na chwilę przed nim?

    Już kiedyś pisałem w jakimś komentarzu, iloma rzeczami się zajmuję, ile sobie odpuściłem, żeby mieć więcej czasu na inne. Ale tak naprawdę nie wiem, czy zrobiłem dobrze. A może to co odpuściłem byłoby o wiele lepsze niż to, w co brnę? Jestem świadom utopionego czasu, ale każde odpuszczenie czegoś rodzi myśli „a może to było właśnie TO”?

    • Żyję w podobnym świecie… ;)

    • „podczas nawiązywania współpracy mówił wprost, że zależy mu na świeżym spojrzeniu, zrobieniu wszystkiego od nowa i ogólnie w moim portfolio widzi potencjał”

      Skąd ja to znam?

  • Jacek, uderzyłeś w czuły punkt. Coraz bardziej mam poczucie, że moje blogowanie jest takim ciągnięciem na siłę projektu, który mimo utopionego w to czasu stoi w miejscu. Miałam odpuścić to sobie, z początkiem tego roku. Zabrakło mi odwagi. Znany syndrom: szkoda mi utopionego wcześniej​ czasu. Nie bardzo wiem, czym innym miałabym to zastąpić. Tak się przyzwyczaiłam. Wywołałes temat, który boli…

    • Beata, ja od bardzo dawna Ciebie czytam i uwazam, ze tworzysz swietne materialy dla blogerow, ale brakuje ci sily przebicia i powiedzmy dokonalenia tego co robisz :). Wiem, ze planowalas tez kursy organizowac, nie wiem jak to sie zakonczylo. Moze nie mysl o zamykaniu tylko o tym jak to wszystko wykorzystac! Czy wiesz co inni u Ciebie doceniaja, a co im np. przeszkadza? Twoj blog ma swietne wpisy, ale.. jest kilka takich ale, jak chcesz pogadac to daj znac. P.s. przepraszam za brak polskich znakow.

    • Jeśli blogowanie jest Twoją pasją to nigdy nie odpuścisz. Ja w przeciągu 7 lata zamykałem bloga ponad 10 razy… i wciąż piszę. A im bardziej się zniechęcam tym więcej tematów się pojawia do opisania. To jest po prostu coś, co muszę robić, chociażby nie wiadomo ile czasu zabierało. W sumie lepsze to niż chlanie w bramie z nudów ;)

    • Magdalena/Pracownia w Dolinie

      Beata, od dawna Cię czytam, Twoje posty bardzo mi pomogły, ale tak jak pisze Agnieszka – brakuje ci siły przebicia i powiewu świeżości. Musisz też znaleźć swoją niszę, bo podobnych blogów (czy miejsc, grup na fb) jest dużo. Poza tym w Twoich wpisach widać, że się miotasz – to da się wyczuć między wierszami:) Znam to z autopsji, wiem jak to „boli” jak prowadzi się coś kilka lat, a wszelkie sukcesy idą jak przysłowiowa krew z nosa, statystyki stoją w miejscu, masz ochotę rzucić wszystko w diabły i zacząć coś nowego (tzw. nowe otwarcie), ale szkoda ci, żal, smutno… to niestety głównie domena kobiet, bo w każdy projekt angażują się emocjonalnie. Miałam takie nowe otwarcie, założyłam drugi blog, który się nie rozhulał (mea culpa) – po roku go reaktywowałam, ale znowu kiszka – bo czasu na niego brakło (bo pierwszy wreszcie ruszył z kopyta, razem z firmą tworzy całkiem niezły tandem…) teraz mi szkoda tego drugiego bloga :) I postanowiłam połączyć tematykę, żeby nie stracić włożonej pracy, a w główny blog wprowadzić nieco świeżości, biznesu, rozwoju. Musisz też szukać takich dróg, podobnie jak wielowątkowo bloga zaczęła prowadzić Natalia Sławek z Jest Rudo – bo inaczej szkoda włożonej pracy. Ale nie zamykaj swojego bloga, bo jest mega wartościowy :)

  • Ciekawy wpis… Temat trudny, bo nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Historia Stallone na pewno inspirująca. Ale nie do końca się zgadzam z niektórymi rzeczami we wpisie. Mam trochę inne spojrzenie na temat poddawania się.

    Gdy czegoś pragnę i jest to mój ogromny cel, to nie poddam się. Nie widać efektów? Nie zawsze je widać od razu. Gdy są na bieżąco – super. Czasem trzeba jednak działać z samą wiarą. Zamknąć oczy i codziennie kłaść cegiełkę – wytrwałość. Logika i analizowanie tutaj nic nie da.

    Jeśli nasz cel jest zwykłym życzeniem – ok. Można weryfikować, testować, obliczać itd.
    Ale jeśli to jest coś, co jest wewnątrz nas. Ogromne pragnienie, nasza misja, coś co nas pcha do przodu, czym oddychamy – to według mnie tutaj właśnie trzeba zastosować, jak to nazwałeś mit „nie poddawaj się”. Nigdy. Milion porażek, straconego czasu, utopionych pieniędzy, krytyki – ale kto powiedział, że ma być łatwo i łagodnie?

    Bo nigdy nie będziemy wiedzieć, czy pozorna porażka – nie ma pod skorupą właśnie kroku do przodu. Ile jest osób, które krok przed metą zrezygnowały? Skąd będziemy wiedzieć, czy sami się nie oszukujemy? Mózg codziennie nas oszukuje, mówiąc nam, że jesteśmy zmęczeniu, gdy tak naprawdę jeszcze nie jesteśmy.
    Moim zdaniem, gdy mamy życiowy cel, to trzeba działać jak laser. Wytrwale do końca. Nieważne, jakie będą porażki. Według mnie, żeby być najlepszym sobą, nie ma półśrodków – trzeba iść na całość.

    P.S. Nie wiem, dlaczego uważasz, że „nie poddawaj się” jest mitem w tandetnych książkach na temat rozwoju osobistego. Czytałem różne (te nietandetne też) i wytrwałość właśnie robi „cuda”. Ilu sportowców by, nigdy nie zostało zawodowcami, gdyby nie słyszeli „nie poddawaj się”.
    Pozdrawiam.

    • Świetnie ująłeś w słowa to, co mi chodziło po głowie, ale nie udało się zwerbalizować :)

      • Dziękuję za miłe słowo. Przyznam, że ciężko to opisać…
        Czytam Twoje komentarze i widzę, że mamy podobnie.
        Pozdrawiam :)

        • Ani podobnie :)
          Nie byłbym tu gdzie jestem, gdybym nie wierzył w niemożliwe i poddał się na początku. W sumie biorąc pod uwagę moje warunki i możliwości i analizując je w chłodny i logiczny sposób, w ogóle nie powinienem był zaczynać :)

          • Jako Pan Cytat pozwolę sobie:
            „Jeżeli coś Ci się nie uda, możesz być rozczarowany. Jeżeli jednak nie będziesz dalej próbować, już po Tobie” Beverly Sills

          • No to zrobię Ci konkurencję w cytowaniu ;)

            Naszą największą słabością jest poddawanie się, najpewniejszą drogą do sukcesu jest zawsze próbowanie – Thomas Edison

            Sekret sukcesu to niezmienność w podążaniu do celu – Benjamin Franklin

            Nie martw się porażkami, martw się szansami, które tracisz, gdy nawet nie próbujesz – Jack Canfield

            Przegrani to ci, którzy upadli i zrezygnowali. Każdy zwycięzca miał do czynienia z porażką. Przegrany jak i zwycięzca – obaj upadli. Jednak to zwycięzca powstaje i próbuje ponownie.

    • Jest wiele historii, które potwierdzają, by się nie poddawać. Jednak jest jeszcze więcej historii, gdy ktoś walczył do końca, ale nic nie osiągnął. Tych nie ma kto opowiedzieć, ani nikt ich nie chce słuchać. Stallon miał szczęście i zagrał rolę życia, ale równie dobrze mógł jeszcze wiele lat chodzić od producenta do producenta, stając się co najwyżej obiektem branżowych anegdot.
      Są sytuacje, w których walka do końca się opłaci, w innych nie. I prawie nigdy się dowiemy, czy rezygnując nie straciliśmy swojej szansy, ani ile okazji nas minęło, gdy brnęliśmy w ślepy zaułek.

      Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego.

      I właśnie problem polega na tym, by odróżnić jedno od drugiego…

      • Nie zgodzę się do końca…
        Trzymam się jednego:
        Jeśli Twój cel jest Twoim tlenem, to nie ma czy się opłaci, czy się nie opłaci.
        Takiego celu się nie przelicza. I dla takiego, kogoś nie ma porażki, która go odwiedzie od zamierzeń.
        Ilu jest sportowców, którym urwało np. nogę? I nadal trenują?
        Odnośnie „Stallone miał szczęście” – być może. Ale do kogo przyjdzie magiczne szczęście? Do tego, który się po nie wystawia, ryzykuje, czy tego bezpiecznego, który nie zrobi czegoś więcej niż np. 51% bo tak wyliczył?

        Odnośnie fragmentu/sentencji to znam ją. Jest prawdziwa. Godzę się, że nie mogę zmienić pogody, grawitacji, księżyca itp.
        A porażki? Na nie mam wpływ.
        Na osiągnięcie swojego spełnienia? Mam wpływ.

        Na pytanie: Poddać się, czy nie? Jak ocenić co lepsze?
        Odpowiedź jest jedna: Jeśli tym nie oddychasz to się poddasz.

  • Wracając jeszcze do Rockyego. Bazując wyłącznie na braku sukcesu i malinach kolejnych części filmu wyciągnąłeś wnioske, że Sly nie powinien w to brnąć i utopił czas. Ale to jest z Twojego punktu widzenia. Czy on sam powiedział kiedyś, że żałuje, że włożył w te części tyle czasu i kasy chociaż mógł robić coś innego? Może miał z tego inne, niekoniecznie wymierne korzyści?

    Ja kiedyś pojechałem do Irlandii „za pracą” zupełnie w ciemno i wróciłem po 4 dniach. Można powiedzieć, że to był fuckup na całego (dopiero niedawno nabrałem na tyle dystansu, zeby to opisać). Ale tak naprawdę przyniosło mi to zajebiście wiele dobrego. Począwszy na wyjściu ze strefy komfortu i nabraniu OGROMNEJ wiary w siebie a na poznaniu mojej obecnej żony skończywszy. Pewnie gdyby nie to, wciąż siedziałbym na etacie i bałbym się prosić o podwyżkę.

  • O to ja mam podobnie do Was Andrzej, Wojtek i PanCytat. Jeśli na czymś mi zależy, ale wiecie ZALEŻY, w sensie, że umrę, bo tego ZALEŻY nie da się zagłuszyć, to nie ma bata. Jeśli zamykają się drzwi – wchodzę oknem. Mam nie całe 40 na karku i jestem tu, gdzie sobie wymarzyłam tylko dzięki takiemu podejściu.
    Nie kumam takich: ciągną blog od roku… i nic. Tak, to wtedy odpuść. Nie ciągnij czegoś, co nie dodaje ci skrzydeł (nawet jeśli wierzysz, że to Twoje „marzenie”). Jeśli nie dasz się za nie pokroić – to jeszcze żadne marzenie. Realizacja zachcianek zaś często rzeczywiście nie ma sensu.

    • Podpisuję się pod tym.
      Jeśli pragnę „niemożliwego” to muszę mieć „obsesję”. Przebiję każdą ścianę i nawet nie biorę pod uwagi rezygnacji. Jeśli tylko chcę, to za mało. Coś od siebie dam, spróbuję 3 razy, ponarzekam, skalkuluję i pewnie odpuszczę.
      Należę do tych „szaleńców”, co wiarę, determinację i 100% stawiają wyżej niż logikę, statystyki i realizm. I świetnie mi z tym ;) Bo „życie jest przygodą dla odważnych albo niczym”. Pozdrawiam 🙌

      • „Obsesja” – to najwłaściwsze słowo. Jeśli ją masz, to na pewno dopniesz swego.
        Ja też należę do tych „szaleńców” :)

  • Emilia

    Myślę, że jest też taka myśl z tyłu głowy: „A może poddaję się przed samym szczytem?” W górach często jest tak, że się idzie, i idzie…,i idzie…, a szczyt pojawia się NAGLE.

  • Zgadzam się z tymi opiniami – jeżeli coś jest moją pasją, czymś czym żyję, to nie odpuszczać, nawet gdy jest bardzo źle. Jednak jest jedno ale… Warto się zastanowić, czy drogą którą podążamy do celu, jest naszą drogą. Bardzo często nabieramy się na „ogólnie panujące przekonanie”, że do celu wiedzie wyłącznie jedna sprawdzona droga, a reszta to są manowce. Jeżeli zmierzamy do naszego celu cudzą drogą, to możemy nigdy nie dojść.

  • Projekty projektami i marzenia marzeniami. Ja od jakiegoś czasu zaczęłam wychodzić z założenia, że determinacja to nie wszystko. Równie ważny albo nawet ważniejszy jest otwarty umysł. Jeśli coś nie działa, to czasami nie dlatego, że jest złe. Po prostu może być trochę lepsze. W swoje marzenia warto i trzeba wierzyć, ale dobrze jest też znać swoje słabe punkty, rozpracowywać je, uczyć się od tych, którzy są już kilka kroków dalej. Czasami zupełnie niepotrzebnie wyważamy już otwarte drzwi, tracimy mnóstwo energii i frustrujemy się, że efektów nie widać. Nie chodzi o brnięcie w zaparte, a raczej szukanie możliwości rozwoju dla siebie. Tak długo, jak długo ma się do tego serce i czerpie się z tego radość.

  • Piotr Szostak

    Dwa lata temu musiałem dokonać wybory. Pisałem 7 rok pracę doktorską (tak naprawdę to zaczynałem pisać drugą, bo pierwotna przestała się podobać promotorowi i katedrze). Chciałem zrezygnować, ale wszyscy powtarzali: „Już tyle zainwestowałeś czasu i pieniądzy. Szkoda by to było zmarnować.” Uleglem ich presji i niestety zmarnowałem kolejny rok. W 2016 porporzucił doktorat. Zbyt wiele musiałbym zainwstować i zbyt dużo bym stracił. Tak jak napisałeś czasami trudno odpuścić bo nie wiadomo, czy meta nie jest tuż za zakrętem. Trzeba rozważyć wiele rzeczy w tym koszty i korzyści alternatywne.

  • Komu nie marzy się złota recepta na sukces? Pracuj dzielnie, nie poddawaj się i dojdziesz do celu. Świetnie brzmią takie uniwersalne proste prawdy. A i łatwo znaleźć kilka głośnych, romantycznych niemalże historii na ich poparcie. Dobrze, że powstają też i takie teksty jak ten. Pozwalające wyjąć na chwilę głowę z bujania w obłokach. I chociaż może nie ma nic złego w zaangażowaniu całego siebie w jeden projekt/cel/marzenie, to dobrze robić to ze świadomością, tego jakie są koszty.

  • raph

    Pół roku temu odszedłem z zespołu muzycznego, który sam zapoczątkowałem 9 lat wcześniej. Choć nagraliśmy dwie, dobrze przyjęte przez recenzentów płyty, to nie widziałem przyszłości w tym projekcie. Uznałem, że tylko się łudzimy wielką karierą. Niestety mimo prób, nie udało nam się zdobyć przez 9 lat niczego dużego (koncert przed dużym zespołem/na dużej scenie, wygrana w konkursie, tournee, itp.). Jeszcze przed odejściem mówiłem sobie: „jeżeli za rok sytuacja się nie odmieni to odejdę”. Nie odmieniła się i odszedłem i jestem bardzo zadowolony z tej decyzji. Po czasie, kiedy spojrzałem na to z dystansu, okazało się, że są nowe perspektywy, a muzyka, którą tworzyłem nie do końca tak na prawdę mi odpowiada. Dzięki Twojemu tekstowi, mogę wrócić do tamtej decyzji, przeanalizować ją i poukładać sobie w głowie raz jeszcze w odpowiednie „szufladki”. Twoje treści mają bowiem tę niesamowitą cechę, że bardzo porządkują wiedzę i w pewien sposób definiują życiowe sprawy. Dziękuję! :D

    • Dziękuję za ten komentarz – to dla mnie duża motywacja kiedy mam świadomość, że te teksty komuś pomagają. Po to powstają. :)

  • miernota

    Od końca studiów (2009) staram się znaleźć pracę w swoim zawodzie grafika lub inną. Nie umiem nawiązywać kontaktów, Nie lubię ludzi, jestem samotnikiem, nie mam żadnych znajomych ani jednego. Ludzie są mi zbędni. Starania o zlecenia też mi kompletnie nie wychodzą. Nikt na moje propozycje zatrudnienia mnie nie odpisuje. Dałem sobie już spokój.
    Siedzę w domu wetując jak roślina na łasce rodziny i zbieram się na odwagę by się powiesić.
    Bo co innego mam zrobić jako 35 letni nieudacznik. Ile można próbować bezskutecznie.

    • Napisz do mnie na maila jacek[malpa]klosinski.net Może uda mi się coś podpowiedzieć/pomóc.

Zobacz też:
Zobacz też: